Artykuły

Przewodnik po knajpach

Czy szukasz mocnych wrażeń? Chcesz miło spędzić czas? A może po prostu nie wiesz co ze sobą zrobić w sobotni wieczór? Zapraszamy do zapoznania się z naszym przewodnikiem po najciekawszych naszym zdaniem filmowych knajpach, restauracjach i klubach. Mamy nadzieje, że poniższy tekst ułatwi wam wybór.

KANTYNA – "GWIEZDNE WOJNY: NOWA NADZIEJA"
Przemysław "Jok" Grzesiak

Lokal o jakże uroczej nazwie "Kantyna" znajduje się w centrum portu kosmicznego Mos Eisley, na piaszczystej planecie Tatooine. Przybytek ten należy do przedstawiciela rasy Wookie, o imieniu Chalmun. Za barem stoi natomiast starszy i niezbyt urodziwy człowiek : Wuher.

Lokal nie prowadzi żadnej selekcji gości, za wyjątkiem droidów. Te wykrywane są dzięki specjalnemu skanerowi, umieszczonemu tuż przy wejściu. Swoje roboty lepiej zostawić więc na zewnątrz (o ile nie boimy się, że ukradną nam go Jawowie). Ciekawostką jest, że do lokalu można wchodzić z bronią, aczkolwiek używanie jej jest oczywiście nie zalecane. Mimo to dochodzi wewnątrz do sporadycznych strzelanin. Jeśli nie jest się celem blastera, to lepiej się tym nie przejmować i nie zadawać zbędnych pytań. Nikt nie lubi tu wścibskich gości.




A gośćmi tego lokalu są przede wszystkim członkowie półświatka przestępczego: przemytnicy i łowcy nagród. Można tu znaleźć ponoć najlepszych pilotów w galaktyce! Zatrzymują się oni na Tatooine w przerwach między podróżami po Zewnętrznych Rubieżach.

Właściciel podjął pewne starania, by uatrakcyjnić swój lokal . W tym celu zatrudnia "jizz bandy", by umilić czas gościom. Do najlepszych można zaliczyć zespół "Modal Nodes", złożony z przedstawicieli rasy Bith.
W lokalu można napić się większości znanych drinków, od Błękitnego Mleka po Sok Juma. Uwaga jednak drodzy klienci! Krążą plotki, że barman swoje napoje destyluje dosłownie ze wszystkiego. Rzekomo zaserwował on jakiemuś Huttowi napój przygotowany z postrzelonego w jego knajpie Rodianina!

W lokalu można również palić wszelkiego rodzaju fajki wodne.

Knajpę tę wypada ocenić bardzo wysoko, bo mimo powyższych uwag, jest to i tak jeden z najlepszych przybytków na tej zapiaszczonej planecie.

OBI-WAN CLUB – "INDIANA JONES I ŚWIĄTYNIA ZAGŁADY"
Ewa "Edek" Poręba

Klub Obi-Wan jest to luksusowa restauracja i klub nocny w jednym, położony w centrum Szanghaju. Mieści się on w kilkupiętrowym, wytwornie urządzonym budynku. Całość należy do największej szychy przestępczego półświatka – Lao Che.

Lokal urządzony jest z przepychem, dominuje styl nowoczesny, jednak nie brakuje tu orientalnych elementów w postaci posągów czy charakterystycznych dalekowschodnich ornamentów. Znajduje się tam również wielka scena z przejściem w postaci paszczy smoka, prowadząca na mniejszy podest. Uwagę gości przyciąga również ogromny gong ozdobiony motywem góry oraz ciekawe stoliki z obrotową tacą. Takie rozwiązanie ułatwia sięganie po smakowity kąsek.

++

W restauracji obsługa serwuje wyśmienite dania z kuchni chińskiej, jednak obcokrajowcy również znajdą coś dla siebie. W eleganckim barze mogą delektować się najlepszymi drinkami, które zadowolą nawet największych koneserów. Należy jednak pamiętać z kim się pije, gdyż można nie wyjść z tego cało – zamiast drinka, można dostać truciznę. Jeśli jednak nie masz na przysłowiowym pieńku z właścicielem lub też nie załatwiasz ważnych, szemranych interesów, możesz pić spokojnie.

W klubie obowiązują stroje wieczorowe. Z pewnością nie uświadczy się tam klienteli z chudym portfelem, jest to bowiem lokal dla elit. Zdarzają się wprawdzie wyjątki, ale wówczas nie ma to zwykle związku ze zwyczajnym spożyciem kolacji. Często można tam spotkać samego Lao Che oraz jego ludzi.

Czas umilą występy pięknych tancerek oraz piosenkarek, m.in. słynnej Willie Scott. Jest na co popatrzeć!

Klub Obi-Wan to bez wątpienia lokal luksusowy, o wysokim standardzie. Można tam nie tylko dobrze zjeść i napić się, ale również miło spędzić wieczór, oddając się dekadenckim rozrywkom i przyjemnościom. Jednak wybierając to miejsce, należy mieć na uwadze kto jest właścicielem przybytku. Ta właśnie kwestia powoduje, że warto dwa razy zastanowić się zanim się tam udamy.


McGINTY’S IRISH PUB – "ŚWIĘCI Z BOSTONU"
Adrian "wadik" Wędzel

W irlandzkiej dzielnicy Bostonu znajduje się McGinty's Irish Pub, którego wnętrze szczególnie tętni życiem w dniu św. Patryka. Ten niezwykły dzień, w którym wszyscy stają się mieszkańcami zielonej wyspy, wypełnia bar klientelą po same drzwi, sprawia, że alkohol leje się strumieniami, a z głośników rozbrzmiewa skoczna folkowa muzyka.

++

Zgodnie z tradycją najpopularniejszym trunkiem jest piwo. Po kilku godzinach zabawy lokal pustoszeje, a miejsce przy ladzie zajmuje grupa przyjaciół. Bar jest odskocznią od życia codziennego i problemów, miejscem, gdzie można porozmawiać i pośmiać się ze znajomymi.

We wnętrzu baru wywieszona jest irlandzka flaga, znajduje się tam również kilka stoisk do gry w rzutki, telewizor oraz najważniejsze, czyli długa zielona lada na której zawsze stoi rząd butelek.

Za tę niezwykłą atmosferę oraz wystrój odpowiada barman i właściciel w jednym, zwany pieszczotliwie Doktorkiem (Gerard Parkes). Jest to siwowłosy staruszek, który nosi duże okulary, przekręca każde możliwe przysłowie oraz cierpi na zespół Tourette'a. Niekontrolowane potoki przekleństw z jego ust niezwykle bawią gości baru, mimo że to choroba i nie ma w niej nic śmiesznego. Jednak sposób, w jaki zbiera się Doktorek, by wyrzucić z siebie te wulgaryzmy, jest wart zobaczenia.

Zażyłość między gośćmi a właścicielem jest bardzo duża i doskonale widoczna. Setki wspólnych rozmów i zwierzeń sprawiły, że w barmanie mają przyjaciela, który zorganizuje im kryjówkę czy poczęstuje dobrym alkoholem. W tej relacji jest też mnóstwo śmiechu i wspólnych rozrywek. Przywiązanie jest o tyle duże, że goście są gotowi przelać krew za lokal, gdzie mogą się napić ulubionego piwa w gronie przyjaciół.

Takie miejsca warto znać, a jeszcze lepiej, gdy się je odwiedza. McGinty's Irish Pub może nie cieszy się atrakcyjną lokalizacją, mnóstwem klientów czy pięknym wystrojem, ale z pewnością jest lokalem, gdzie miło spędzi się czas. Niepowtarzalny klimat tego miejsca sprawia, że z żalem opuszcza się próg drzwi. W każdym przewodniku taki lokal powinien być wyróżniony, gdyż trzeba go odwiedzić!


BEZ NAZWY - "FIGHTCLUB"
Marta "Aerie" Jankowska"

Bezimienna knajpa, znajdująca się w którymś z wielkich miast Stanów Zjednoczonych, na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Mężczyźni przychodzą tu, aby wypić piwo i porozmawiać, odreagować codzienne stresy. Panuje w niej, zapewniający gościom prywatność, półmrok, unoszą się kłęby tytoniowego dymu, a właściwie jedynym źródłem światła są rozmieszczone gdzieniegdzie neony i żarzące się papierosy. Za kontuarem stoi dyskretny barman.

++

Właściciele niektórych pubów, aby zapewnić lokalom większą popularność, oferują swoim klientom muzykę na żywo, inni taniec go-go... A co można znaleźć w tym konkretnym? Na pierwszy rzut oka nic; nie robi on zbyt dobrego wrażenia. Zwykły gość może nawet odczuć, że jest to miejsce, gdzie łatwo oberwać. Być może właśnie ta atmosfera sprawiła, że pewnego dnia przed budynkiem odbyła się walka, która zmieniła to zwykłe miejsce w siedzibę tajnego, elitarnego klubu walki. Dzięki swojemu oczyszczającemu charakterowi zjednała sobie wielu zwolenników, poczynając od ludzi obserwujących bijących się przed knajpą mężczyzn. Okazało się, że z czasem zainteresowanie wzrosło do tego stopnia, że grupa zaczęła potrzebować bezpiecznego, odosobnionego miejsca, gdzie mogłaby się spotykać i walczyć na ustalonych zasadach.

Klubu tego nie trzeba szukać daleko – ich siedzibą stała się piwnica owej knajpy, a układ z barmanem sprawił, że spotkania i krwawe walki odbywają się bez wiedzy właściciela, pod stopami niczego nie podejrzewających, zwykłych klientów baru.

W ten sposób w podziemiach budynku powstał dostępny jedynie dla wybranych klub walki. Rzecz jasna, nie było to specjalnie przytulne miejsce, nikt nigdy nie zatroszczył się o to, by jakoś je urządzić, bo i po co? Panuje tam niemal kompletna ciemność, ściany są odrapane, a na podłodze zwykła wylewka, w którą podczas spotkań wsiąka krew walczących. Biorący udział w walkach to zwykle niedojrzali mężczyźni, wieczni chłopcy, bogaci i ułożeni pracownicy wielkich korporacji. W tym miejscu mogą wyładować swoje frustracje i złe emocje, bijąc się z innymi. No właśnie, mężczyźni - do klubu kobiety nie mają wstępu.

Jeśli kogoś nie wystraszył ten opis lub wręcz przeciwnie, chciałby wziąć udział w jednej z walk klubu, to powinien najpierw poszukać pomocy psychologa. Jeśli jednak jest zdesperowany, wystarczy że odszuka Tylera Durdena - na pewno siedzi tam gdzieś w tej ponurej knajpie, paląc papierosa, otoczony wiernymi wyznawcami-członkami klubu. Właściwie tylko po to warto tam zaglądać; jeśli nie szukasz oczyszczenia w bójce z drugim człowiekiem, to z pewnością znajdziesz wiele przyjemniejszych miejsc, żeby wychylić drinka lub dwa.

RAVE CLUB - "BLADE"
(Maciej „morfin” Przygórzewski)

Żądni przygód i mocnych wrażeń, którzy każdego dnia tłumnie odwiedzają Miasto Aniołów, mogą czasem wpaść w oko rudowłosej piękności ze środkowoeuropejskim akcentem lub nieco przybladłemu przystojniakowi z trzydniowym zarostem. Jeśli ich wybór padnie na Ciebie, wasz wspólny spacer zapewne zakończy się przed dużym budynkiem przypominającym fabryczną halę.



Już po minięciu pierwszych drzwi, Waszym oczom ukażą się białe, wyłożone płytkami ściany, stalowe haki i zawieszone na nich w równych rzędach zwierzęce półtusze. Trafiliście do rzeźni. Po raz kolejny tej nocy Wasz instynkt przetrwania wysyła alarmujące sygnały, jednak prowadząca Was kobieta (lub mężczyzna) wygląda tak obiecująco, pachnie tak niezwykle, że wszystkie ostrzeżenia zostają zagłuszone przez wzrastające podniecenie.

Mijacie kolejne szeregi rozwieszonych równo połci mięsa, czasem migną gdzieś twarze pracowników, spoglądających na was z dziwnym wyrazem twarzy… dalej wzdłuż korytarza, ku stalowym drzwiom strzeżonym przez potężnie zbudowanego mężczyznę w eleganckim płaszczu. Gdzieś zza tych drzwi dobiega hipnotyzująca, wprowadzająca w trans muzyka. Towarzysząca Wam osoba prowadzi Was dalej. Mijacie strażnika, który otwiera przed wami drzwi, uśmiechając się kpiąco.

Trafiacie do ogromnej, niskiej hali, niegdyś służącej za chłodnię do przechowywania mięsa. Teraz jest pełna ludzi tańczących w obłędnym rytmie psytrance’u. Główne oświetlenie stanowią lasery i błyskające szaleńczo lampy stroboskopowe. Stojący na podwyższeniu DJ, obstawiony masą elektronicznego sprzętu, nie pozwala zwolnić tańczącym ani na moment. Wszystko drga, wiruje i kręci się w dzikim tańcu. Aż do momentu, gdy ze spryskiwaczy systemu przeciwpożarowego zaczyna płynąć krew…

Ten upiorny lokal to rave club – miejsce spotkań i „zabaw” wampirów z całego Los Angeles. Ludzie nie mają tu wstępu. Do środka wpuszczeni zostaną jedynie dzięki towarzystwu jednego ze stałych bywalców, który wprowadzi ich dla urozmaicenia sceny finałowej trwającej właśnie zabawy pod nazwą „Bloodrain” – Deszcz krwi.
Jeśli jakimś strasznym zrządzeniem losu to właśnie Wy traficie do tego koszmarnego klubu, aby nie znaleźć się w karcie dań na ten wieczór, będziecie potrzebowali sporej ilości czosnku, osinowych kołków i wiary w to, że Chodzący Za Dnia jest gdzieś w pobliżu.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie dyskusje na forum
  • Więcej

Bestiariusza przegląda 8 użytkowników: 1 zalogowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zalogowani: Google [Bot]

Copyright © 2001-2010 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 21 maja 2012, 19:49 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka