Artykuły

Marcin Bortkiewicz i jego „Noc Walpurgi” w kinie REJS

wywiad z Marcinem Bortkiewiczem
Marcin Bortkiewicz. Słupszczanin. Związany od lat z teatrem Rondo i kinem REJS Młodzieżowego Centrum Kultury. Aktor, reżyser, scenarzysta. Ceniony i nagradzany. Jego pełnometrażowy obraz pt. „Noc Walpurgi” zdobył w czerwcu br., podczas 34. Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” aż pięć nagród. Został także zakwalifikowany do tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni. Film Bortkiewicza to historia pewnego wywiadu między starzejącą się diwą operową Norą Sedler, a dziennikarzem Robertem. Z jednej strony rozmowa i intryga, z drugiej zaś – rozliczanie się z przeszłością. W pewnym sensie bohaterowie przeżywają tytułową Noc. Pozostaje jednak pytanie, kto jest „złym duchem” i czy wspominanie dawnych czasów jest dobrym pomysłem. O poprzednich filmach i najnowszym projekcie z reżyserem rozmawia Adrian Warwas.

++



Adrian Warwas: Przyznaję, że miło mi oficjalnie Pana poznać. Będąc również wychowankiem kina REJS oglądałem Pana filmy: dokument „Nauczanie początkowe” i „Portret z pamięci”, który szczególnie cenię. Chciałbym powrócić do „Portretu...”. Urzekła mnie nie tylko sama historia, ale także filmowy „smaczek” związany z horrorami. Nie ukrywam, że od lat jestem fanem kina grozy. Cieszyłem się, widząc odgrywane przez bohaterów Pana filmu słynne sceny z „Psychozy” czy „Dziecka Rosemary”. Z drugiej jednak strony, mamy smutną historię starszej kobiety – babci chorej na Alzheimera, tracącej powoli kontakt z rzeczywistością. Czy długo pracował Pan nad scenariuszem tej produkcji?

Marcin Bortkiewicz: Akurat nad tym scenariuszem pracowałem długo. Na początku miał on być adaptacją powieści pt. „Lala”. To dzieło podsunęła mi moja teściowa. Powiedziała, że jest ono interesujące, a szczególnie ostatni wątek w nim zaprezentowany jest bardzo ciekawy i może to być dobry materiał na film. Przeczytałem „Lalę” i okazało się, że miała rację. Pod koniec książki kobieta, którą opisywał bohater, zaczynała cierpieć na Alzheimera. To było właściwie dwadzieścia stron. Bardzo chciałem na tej podstawie nakręcić krótki metraż. Spotkałem się z Jackiem Dehnelem, autorem, i przedstawiłem mu zarys scenariusza. On go przeczytał i powiedział, że dużo pozmieniałem, ale nie miał do tego pretensji.

++

Na początku zastąpiłem postać pisarza chłopakiem, który kręci filmy. Wydawało mi się to bardziej kinematograficzne. Jednak okazało się, że te sceny w „Lali” są autobiograficzne, prezentujące relacje Jacka z jego babcią. Dehnel doradził mi, bym wziął z tej historii, co chcę i stworzył własną opowieść. Tym samym dodał mi skrzydeł. Napisałem zupełnie nowy obraz, zostawiając z „Lali” jedną scenę i dwa zdania, które mi się podobały. Oczywiście, w napisach końcowych umieściłem Jacka, tak jak to wcześniej z nim ustaliłem. Tak wyglądało tworzenie scenariusza. Kiedy uświadomiłem sobie, że to musi być moja historia, zacząłem kombinować w zupełnie inną stronę.

A.W.: W 2012 roku Pana "Portret z pamięci", jako jedyny polski akcent, trafił na festiwal filmowy w Cannes. Jak wspomina Pan pobyt na tym prestiżowym święcie kina?

++

M.B.: Samo Cannes było cudowne. Bawiliśmy się tam świetnie. Cudowni ludzie i niezapomniane wrażenia. Kiedy przychodziłem na bankiet i wspominałem, że jestem w konkursie filmów krótkometrażowych, nagle byłem oblegany. Jednak to wciąż był krótki metraż. Nie oszukujmy się, to nie rozsadzi świata. Bardzo przypominało mi to festiwal w Zgorzelcu, do którego pojechałem kilka lat wcześniej z monodramem. Pomyślałem: „Mój Boże, to znów jest Zgorzelec. Ci sami ludzie, tylko z większymi emocjami”. Oznacza to, że pewne etapy są niezmienne. Czy jesteśmy na prowincji, czy w tak zwanym centrum świata filmowego ludzie zachowują się bardzo podobnie. Targają nimi te same emocje, pragnienia i lęki.

++

To jest wciąż to samo. Nie czuje się, że złapało się Pana Boga za nogi. Jest jedynie więcej fotografów na czerwonym dywanie. Największą satysfakcję czułem, kiedy mój kolega mający siostrę w Paryżu specjalnie przyjechał na festiwal, by móc obejrzeć "Portret z pamięci". Potem wracał pociągiem i zaskoczyła go rozmowa dwóch starszych Pań na temat Cannes, po czym ich rozmowa zeszła na mój film. Okazało się, że Panie były na pokazie i właśnie z niego wracały. Kolega oniemiał. Fizycznie zrozumiał, że ludzie potrafią rozmawiać o moim filmie – tam, we Francji. Nie mógł się powstrzymać i pochwalił się, że jestem jego kumplem.

A.W.: Też bym się chwalił. Zostawiając "Portret w pamięci", chciałbym przejść do "Nocy Walpurgi". Film był pokazywany na festiwalu w Koszalinie. Przyznaję, że w tym roku pierwszy raz nie byłem na tej imprezie, w związku z innymi zobowiązaniami. Czy tuż po pokazie obrazu rozmawiał Pan z publicznością? Czy podobała im się produkcja?

M.B.: Nie zadaję widzom pytań, czy podobał im się film. Mnie raczej interesuje czy widzowie tuż po seansie tego filmu chcą trochę porozmawiać. Niezależnie od tego, czy im się podobało, czy też nie. Czy w nich coś siedzi, wbrew ich samych?

++


A.W.: Czy po kilku godzinach, dniach wciąż myślimy o danym filmie?

M.B.: Aż tak daleko nie zachodzę. To jest sprawa indywidualna. Istotne jest czy nie zapominają o tym filmie od razu. To mnie interesuje. Czy się podobało – to jest ruletka.

++

Ktoś powiedział, gdzie jest prawda obiektywna? Nie ma żadnej prawdy obiektywnej, ponieważ ktoś, kto opowiada swój film autorski patrzy tylko i wyłącznie przez siebie. I nie ma innej osoby, przez którą jestem w stanie pokazać ten film. Muszę przez siebie, ponieważ jestem autorem tego obrazu. Jeżeli ja nie opowiem, jak widzę ten świat i to, co się w nim dzieje, to przecież Wajda za mnie tego nie zrobi. Będzie to wtedy spojrzenie Wajdy. Z historii kina, Wajdzie zaproponowano, by dokończył „Pasażerkę” (prace nad tym filmem przerwała tragiczna śmierć reżysera Andrzeja Munka w 1961 roku – przyp. red.). On się w ogóle nie zgodził. Jak skończyć spojrzenie kogoś, kim nie jesteśmy? Jaki mamy mieć w nim udział? Troszeczkę opowiedziałem o tym w filmie „Noc Walpurgi”. Taka jest postawa bohatera, który przychodzi do diwy i nie ma zmysłu działania, przeprowadzając rozmowę z kobietą. Może ją tylko wypytywać, co to znaczy być w Auschwitz i przeżyć getto.

A.W.: Jakie są Pana najbliższe plany, prócz promocji filmu, który wchodzi oficjalnie do kin 25 września?

M.B.: Powiem szczerze, nie lubię tego pytania. Boję się tego, co będzie dalej. Nie boję się przyszłości, ale nie chcę zapeszyć. Mam mnóstwo projektów, które chciałbym zrealizować i pracuję nad nimi. Co wyjdzie, zobaczymy.

++


A.W.: Dziękuję zatem za rozmowę i trzymam kciuki za festiwal w Gdyni!
Film Marcina Bortkiewicza zobaczą Państwo od 25 września – tylko w kinach studyjnych. Gorąco polecam!




Wywiad przeprowadził Adrian Warwas
fot. E. Warwas

KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 17 gru 2017, 18:42 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka