Artykuły

Kondycja współczesnego kina grozy

Adrian Turzański: Kino grozy, jak sama nazwa wskazuje, powinno wzbudzać w widzu grozę, strach, ciarki i szereg innych zjawisk, które zostały spowodowane obawą przed tym, co jest wyświetlane na ekranie. Pierwsze horrory straszyły. Jak na tamte czasy – choć wcale często przedstawiane w groteskowej formie – prezentowały prawdziwy artyzm nie tylko gry aktorskiej, ale również scenerii oraz budowanego klimatu czy napięcia. Dziś wystarczą efekciarskie triki, parę worków krwi i gumowe wnętrzności i producenci myślą, że szczyt ambicji danej produkcji został osiągnięty. Całość na dodatek psuje technologia. Owszem, oglądanie filmu w 3/4/5D robi wrażenie, ale esencja dzieła zostaje zatarta przez efekty specjalne i masę elementów wykorzystywanych przez zdobycze techniki. A fabuła – rzecz kluczowa – odsuwa się na drugi plan. Do tego wchodzi cała lista lepiej lub gorzej zrealizowanych produkcji, w których dwie rasy potworów toczą odwieczny bój. I właściwie na tym kończy się cała problematyka utworu. Zdarzają się również perełki jak „Jestem legendą”(choć tu mamy do czynienia również z postapokalipsą) czy „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu”, które – choć wykorzystujące oklepane motywy – potrafią uczynić to, co powinien zrobić każdy rasowy horror. Wystraszyć, poruszyć, zaskoczyć… Jak to jest z tym kinem grozy – czy ma jeszcze szansę na ambitne dzieła? Czy raczej będzie wypluwać coraz to nowe fast foody, przepełnione „zjawiskowymi” scenami?

Antonina Wakuła: Nie licząc krótkiego boomu na nowe, dobre i głównie azjatyckie horrory jakieś 15 lat temu, a później jeszcze krótszego zrywu horrorów hiszpańskich, to w tej tematyce pojawiło się ostatnio niewiele dobrego. Coraz częściej trafiają się za to mniej lub bardziej udane remaki. Niestety, również zupełnie nowe filmy tylko pozornie są nowe (na szczęście z pewnymi wyjątkami), bo przecież posługują się starymi, oklepanymi chwytami. Zdaje się, że rok produkcji ma już niewiele wspólnego z innowacyjnością w gatunku. Jak sądzicie?

Adrian Warwas: W pewnym sensie muszę zgodzić się z Antoniną. Zryw na horrory hiszpańskie oraz francuskie, psychodeliczne momentami filmy grozy, to było coś. Niestety, azjatyckie filmy też powoli pokazują swoje zatracenie i zgubę, chociażby „Labitynt strachu” czy „Koszmary”.
Czy nowe horrory coś przynoszą? Powiewem świeżości na pewno był „It follows” („Coś za mną chodzi”).

Dawid Wronka: Jeśli chodzi o jakieś nowe produkcje, to można zauważyć, że większość z nich jest tak naprawdę jakimiś tzw. odgrzewanymi kotletami lub powstają w pewnym sensie takie ciągi filmów. Idealnym przykładem jest „Obecność”. Była dość udaną produkcją, lecz po niej powstał kolejny film grozy pt. „Annabelle”, o której zostało wspomniane w „Obecności”. A nowy film miał być swoistym prequelem bądź dopełnieniem pewnego wątku.

Antonina W.: Faktycznie, „Obecność” można zaliczyć raczej do średnio udanych horrorów – to film bardzo schematyczny, a więc przewidywalny. Trzeba jednak przyznać, że na tle innych horrorów wyróżnia go dobrze zbudowany klimat. W kwestii „Annabelle” zgodzę się z Dawidem – ten „prequel” był niepotrzebny. Plus za pomysł pociągnięcia historii, ale minus za wykonanie – zmieszczono tam wszystkie możliwe klisze, niestety. Przypominacie sobie w ogóle jakiś film innowacyjny pod tym względem?

Adrian W.: Tak, zgodzę się. Biorę jednak poprawkę, że studio postawiło na powstanie uniwersum grozy, stąd też nakręcenie „Annabelle” w średniej jakości – bez pomysłu, lekko schematycznie i z banalnym zakończeniem.
„Obecność” posługiwała się schematami, ale było to przyjemne dla oka. Inaczej w przypadku wspomnianej „Annabelle”.

D.W.: Być może autorzy tych filmów brali pomysły z creepypast o takiej tematyce – bardzo łatwo można znaleźć coś właśnie o wspomnianej laleczce czy tej rodzinie. Jeśli chodzi o jakieś innowacyjne filmy, to wspominam bardzo dobrze „Blair Witch Project”, który był tani w wykonaniu, lecz wywoływał bardzo silne emocje u odbiorców. Możliwe, że dzisiejsi scenarzyści próbują powrócić do takich chwytów, gdzie nie liczy się krew tylko psychika uczestnika. Przez to powstało mnóstwo filmów z takim właśnie schematem – najbardziej oklepane to seria „Paranormal Activity”, z której tylko trzecia część była, moim zdaniem, udana. Chociaż jest tu używana oklepana struktura , to jednak nadal jest częściowo skuteczna.

Antonina W.: Moim zdaniem to właśnie pierwsza część „Paranormal Activity” była najbardziej udana. Ja z kolei w zeszłym roku zaczęłam zwracać uwagę na produkcje australijskie. Jak dotąd kojarzyłam z tymi klimatami tylko „Wolf Creek”, a niedawno odkryłam „Babadooka”. Film bardzo dobrze się zaczynał i był miły dla oka (śliczny plastycznie obraz – opowiada o strasznej książeczce dla dzieci, która została później zresztą wydana jako prawdziwa książka i, oczywiście, sporo kosztowała; naprawdę fajna ta książeczka). Oczywiście pod koniec się trochę zepsuł, ale nie mogę narzekać, bo dzięki temu zauważyłam nowy, powoli rozwijający się trend. Może kino australijskie to jest właśnie to, na co czekamy?

Adrian W.: Dawid, wspomniałeś o bardzo dobrym przykładzie gatunku filmowego czy też pewnego stricku, czyli found footage. Nie ulega wątpliwości, że znane to było o wiele, wiele wcześniej. „The Blair Witch Project” poruszył tłumy, ale „Paranormal Activity” jest nie tylko jedynym przykładem tego stylu. Ostatnio w kinach mieliśmy „Szubienicę”.
Antonina – „Babadook” i „Wolf Creek” zebrały świetne recenzje. Nie sądzę jednak, by kino australijskiej grozy zdobyło serca widzów.

D.W.: Niestety, z australijskimi filmami nie miałem do czynienia. Kiedyś oglądałem japońskie horrory, które – nie oszukujmy się – nie były pod względem fabuły wyborne, lecz potrafiły nieźle wystraszyć, ponieważ w głównej mierze robiły tzw. scareface, które– do tej pory – są najlepszym sposobem wystraszenia widza.
Adrian – właśnie taki gatunek horrorów, jakim jest found footage, jest chyba jedynym dobrym kierunkiem na przyszłość, gdyż jako jedyny jest stabilny, pomimo oklepanego schematu. Ostatnio widziałem zwiastun najnowszego filmu z serii „Paranormal Activity” i powiem szczerze, że bardzo mnie zaintrygował i czekam na niego z niecierpliwością.

Antonina W.: Dawid – ja po tej serii, niestety, już niewiele sobie obiecuję. Ciężko jest zdobyć raz stracone zaufanie. Jeśli chodzi o japońskie horrory, to się nie zgodzę. One były straszne, ale nie poprzez efekt nachalnego straszenia. Tam praktycznie całą robotę odwalała świetna, oniryczna atmosfera. Fakt, może być niezrozumiała dla zachodniego widza, stąd pewnie popularne masowe przeróbki azjatyckich horrorów na rynek amerykański.
Z nowych rzeczy natomiast – obserwuję kino polskie. Po ostatnich nieudanych (to mało powiedziane!) „Leśnych dołach” (szczególnie się nimi interesowałam, bo były kręcone w mojej okolicy) mam nadzieję na coś lepszego i być może taka okazja już niedługo się trafi. Nie widziałam jeszcze „Demona” Wrony, ale trailer wygląda bardzo obiecująco. Co sądzicie? Byliście może na premierze?

Adrian W.: Dawid – czy found footage jest jedynym dobrym kierunkiem w kinie grozy? Cóż, nie mogę się zgodzić. Po „PA” zaczęła się ogromna produkcja filmów kinowych, DVD, wideo... Dla mnie found footage już się przejadł. Kamera bez statywu, obraz wiruje w 3/4 filmu... Najlepszym przykładem była chyba „Strefa 51”, nakręcona przez Orena Peliego, reżysera „Paranormal Activity”. Otrzymał pieniądze na prowadzenie projektu przez innego twórcę. Ostatecznie nie spodobał mu się efekt końcowy, więc sam nakręcił swoją wersję filmu.
Antonina – „Leśnych dołów” nie widziałem, ale nadrobię to.
Co do „Demona” – jeszcze nie widziałem, ale pokładam duże nadzieje.

D.W.: O właśnie – fajnie, że wspomniałaś film „Demon”. Niedawno polskie kino dorobiło się paru dobrych filmów, może nie typowych horrorów, ale thrillerów (chociażby „Dom zły”, „Supermarket” czy „Sęp”). Czyżbyśmy w niedalekiej przyszłości mieli specjalizować się w takich gatunkach? Chciałbym to zobaczyć.

Antonina W.: Polskie kino mierzyło się kiedyś z horrorem, z różnym skutkiem – „Wilczycę” zaliczam do dobrych filmów, „Lokis. Rękopis profesora Wittembacha” do udanych (choć trochę przekombinowanych). Niestety, zdarzyły się też filmy masakrycznie tragiczne („Legenda”). Zekranizowano też kiedyś kilka opowiadań Stefana Grabińskiego („Dom Sary” i „Kochankę Szamoty”, jeśli dobrze pamiętam). Także pewne doświadczenie w tej kwestii zdecydowanie mamy.
Specjalizować się pewnie nie będziemy, ale może wreszcie coś się nam naprawdę uda.

Adrian W.: I tragiczny „Silent Lake”, który miałem okazję oglądać na festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie. Chłopaki dostali naprawdę niezłą kasę. Niestety, zmarnowali ją zupełnie…

D.W.: Jeśli pozwolicie, to wezmę za przykład inną produkcję, nie filmową. Jak wcześniej wspominałem, scenarzyści brali niektóre swe pomysły z oklepanych schematów. To samo dzieje się powoli z branżą gier. Świetnym przykładem jest tytuł „Until Dawn”. Schemat jest identyczny jak filmów grozy klasy B. Jednym słowem – grupka przyjaciół i psychopatyczny morderca. I – co zdziwiło nie tylko mnie, ale również samych twórców – produkcja… zrobiła furorę!

Antonina W.: Fajnym nawiązaniem do filmowych horrorów w grach był jakiś czas temu „Alan Wake” oraz jego druga część. To bardzo udane przeniesienie powieści Kinga do gry było dobrym pomysłem. Niestety, chociaż pozycja była dopracowana pod względem artystycznym, a całość sprawiała niesamowicie „filmowe” wrażenie, to sama rozgrywka pozostawiała wiele do życzenia.
Wracając do filmów... Cały czas narzekamy i narzekamy, a było też kilka udanych obrazów, i to bardzo udanych. Porównałabym je nawet do „Szóstego zmysłu” albo „Innych”. Chodzi mi o „Istnienie” i „Tajemnicę śmierci” – widzieliście? Twórcom udało się wprowadzić element zaskoczenia w subtelny sposób, nie jadąc po schematach. Za udany uważam także „Nadprzyrodzony pakt” – spokojne tempo, przyzwoity klimat. Sądzę, że warto je obejrzeć.

Adrian W.: Tak, widziałem „Istnienie”. Bardzo czekałem na ten film, ale zawiodłem się. Tej historii jakoś nie kupiłem, mimo że twórcą był Natalii (od „CUBE”).
Co do „Nadprzyrodzonego paktu” – był nowatorski, słabo zrealizowany, ale miał oryginalne rozwiązania. I był OK.

D.W.: „Istnienie”... Mile wspominam ten obraz. Jeszcze bardzo fajny był film, gdzie grał aktor odtwarzający Harry’ego Pottera – „Czarna Dama”? Niestety, nie pamiętam... Ostatnio zauważyłem również takie zjawisko, że im słabsze recenzje ma film lub zbiera komentarze, które go poniewierają, tym bardziej jest w rzeczywistości fajny i przyjemny. Dobrym przykładem jest film z Nicolasem Cage’em, gdzie pewna wiedźma co rok na Halloween porywała trójkę dzieci.

Antonina W.: Właśnie chciałam wspomnieć o „Kobiecie w czerni”. Ten bardzo dobrze rozreklamowany film to czysty przerost formy nad treścią.

Adrian W.: Radcliffe zerwał z wizerunkiem Pottera. I mnie kupił w „Kobiecie w czerni”.

Antonina W.: Osobiście bardzo lubię filmy kostiumowe, dlatego cenię osadzone w konkretnych realiach horrory. Ostatnio bardzo spodobały mi się „Szepty”, ale – jak zauważyłam – z artystyczną estetyką łatwo przesadzić, czego dowodem jest „Kobieta w czerni” właśnie. Dużo ładnej scenografii i kostiumów, a mało logiki. Za takie filmy uważam też „Porzuconych” (rosyjski) oraz „Cichy dom” – zapamiętałam z nich tylko ładne tapety na ścianach, nic więcej.

Adrian W.: Tak, zdarzały się takie filmy. Przyznaję, że „Cichy dom” oglądałem dwa razy. Za pierwszym razem zaskoczyła mnie końcówka. drugi raz był po to, by móc wychwycić jakieś wątki, ukryte smaczki, po których widz wie, o co chodzi. Logiki jednak nie było. To jest pewien mankament takich filmów.
Dawid – wspomniałeś o grze inspirującej się slasherami. Coś w tym jest, że mimo wielu lat od realizacji „Piątku trzynastego” podróbki są nadal popularne.

D.W.: Co do Radcliffe’a, on – można powiedzieć – oddalił się, można śmiało rzec, że odciął się od roli Harry’ego Pottera czy powiązania z tą serią. Teraz zaczął pojawiać się w poważniejszych produkcjach. Na początku była właśnie „Kobieta w czerni”, lecz nie poprzestał na tym filmie, tylko zaczął dążyć do innych produkcji tego typu. Teraz ma – z tego, co pamiętam –pojawić się w filmie „Victor Frankenstein”. Powiem szczerze, że produkcje takie jak „Cichy dom”, które są dobre, lecz nie mają jakiejś spójności, są – moim zdaniem – odpowiednie, bo po ich obejrzeniu człowiek zaczyna rozkminiać to wszystko w swojej głowie.

Antonina W.: Zasmuciła mnie ostatnio niespodziewana śmierć Wesa Cravena. Od razu pomyślałam, że to wielka szkoda, bo teraz czekają nas już tylko remaki jego dzieł (i najpewniej kolejna część „Krzyku”). Ale zaraz przypomniałam sobie, że takie remaki powstawały już za jego życia („Koszmar z ulicy...” oraz „Ostatni dom po lewej”, na przykład). A potem dotarło do mnie, że nie kto inny, jak sam Wes Craven właśnie popełnił nie tak dawno temu „Zbaw mnie ode złego”, więc nie mogliśmy chyba liczyć na to, że znowu wzbije się na dawne wyżyny. Może to już tak właśnie jest – coś się kończy, coś się zaczyna. I może coś ciekawego się właśnie zacznie?

Adrian W.: Przy okazji samego „Krzyku” – jeszcze przed realizacją serialowej wersji Wes sam twierdził, że „Krzyk 5” nigdy nie powstanie.
Jeżeli chodzi o Wesa, tak – coś się skończyło. Niewielu jest oryginalnych twórców grozy.

D.W.: Nie zapominajmy, że często do remake’ów twórcy dorzucają elementy, które – zamiast pomóc – szkodzą. Oczywiście chodzi tutaj o efekty specjalne i tego typu rzeczy.

Antonina W.: Zgadzam się. Nawiążę tutaj do cyklu „Silent Hill”, opartego na grach. Efektów tam było pod dostatkiem i o ile pierwsza część prezentowała się przyzwoicie, to następne (wliczam w to „Anniversary”), a głównie „Apokalipsa w 3D”, były co najmniej rozczarowujące, zarówno pod względem aktorskim, jak i fabularnym. Zabrakło porządnego straszenia, pomimo efektów specjalnych (w „Anniversary” nawet potwory im się nie udały).Z mojej strony podsumowanie moich wypowiedzi wypadło chyba przypadkiem w ostatnim zdaniu o Wesie. Coś się kończy, coś się zaczyna – i ja, tak optymistycznie, chciałabym podsumować swoje zdanie na temat kondycji współczesnych horrorów.

Adrian W.: Mam nadzieję, że pojawi się jakiś twórca, który rozkręci kino grozy własnymi, oryginalnymi pomysłami. Podobnie w polskim kinie.

D.W.: Może dojdzie do takiej sytuacji, gdzie twórcy zarówno filmów, jak i gier, zaczną współpracować ze sobą i dzielić się pomysłami. Bo przecież i tu i tam głównym celem jest jak najbardziej przestraszyć widza i doprowadzić do tego, by pamiętał o tym przez dłuższy czas.

A.T.: Horrory od dawna przestały być tym, czym powinny, czyli kinem grozy. Twórcy skupili się na nowych technologiach, na efektach i na taniej, wyzbytej ambitnych cech rozrywce. Brak dobrze zbudowanego napięcia, brak klimatu, brak porządnego elementu budzącego grozę. Horror staje się mniej straszny, a bardziej groteskowy. Jego kondycja spadła. I niestety, zapowiada się – pomimo paru światełek nadziei – że spadać wciąż będzie….
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 17 gru 2017, 18:38 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka