Artykuły

Dyskusja filmowa: Hobbit - co poszło nie tak?

Adrian Turzański: Bezapelacyjnie filmowa trylogia „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona była arcydziełem, czego niezbitym dowodem jest jedenaście Oscarów przyznanych samej części trzeciej – „Powrót króla”. Co prawda, choć żadna z odsłon nowej trylogii filmowej Jacksona nie zdobyła ani jednej Nagrody Akademii Filmowej, to i tak „Niezwykła podróż” zaskarbiła sobie uznanie krytyków, a widzowie byli nią wprost oczarowani. Również miłośnicy Tolkiena, choć mieli pewne uwagi odnośnie do samego filmu, mimo to ciepło go przyjęli. „Pustkowie Smauga” zapowiadało się – co najmniej – równie ciekawie. Malownicze połacie Mrocznej Puszczy i pałac Thranduila, wynędzniałe, acz pełne życia Esgaroth, panorama ruin miasta Dale oraz spustoszona Samotna Góra – stanowiły istny majstersztyk scenografii. Cały efekt psuły jedynie orkowie. Ale to niedociągnięcie odrobił Smaug, którego debiut był bardzo intrygujący a tajemniczy, sama dynamiczność owej postaci została uznana przez wielu za bodaj najlepsze wyobrażenie smoka w całej kinematografii. Niestety, szybki i błyskotliwy debiut przyniósł rozczarowanie w postaci końca filmu. I tak przyszedł czas na „Bitwę Pięciu Armii”... kto widział ten wie, że paradoksy i bujna wyobraźnia Jacksona w trzeciej części szły w parze. Szkoda wyłącznie tego, że nie wtórował im pozytywny odbiór ani spójność niektórych wątków. Zaś kluczowe „Tam i z powrotem”, zamieniło się w „Tam w dwa filmy… i dwie minuty z powrotem”. A, jakby nie patrzeć, sukces dwóch poprzednich części został zaprzepaszczony.

Krzysztof „Kasjusz” Otto: Po bez wątpienia największym sukcesie w historii przyznawania Oscarów, Jackson mógł być uznany za jednego z najwybitniejszych reżyserów swoich czasów, tymczasem kilkanaście lat później jego opinia jest już mocno zszargana.

Dysonans na linii "Władca Pierścieni" – "Hobbit" jest tym dziwniejszy, że reżysersko pracował w zasadzie na tym samym materiale, w jednym świecie.

Z pewnością zgodzicie się, że Jackson czuje Śródziemie. Ale czy potrafi również czuć umiar w swym opowiadaniu o nim?

++



Ewa Polak: Właśnie chyba najdziwniejsze jest to, że Jackson już się w Śródziemiu odnalazł. I raczej nikt nie ma wątpliwości, że jest dobrym reżyserem. A „Hobbit”, szczególnie ostatnia część, jest jego porażką. I nawet nie dlatego, że jest niezgodny z książką, bo niektóre nowo wprowadzone wątki były dobrze wpasowane w całość (patrz Czarnoksiężnik z Dol Goldur, jako w sumie całkiem niezły prolog do „Władcy Pierścieni”).
Wiadomo, że najwięksi zwolennicy Tolkiena każdą zmianę od "kanonu" przyjmą niechętnie, ale niektóre naprawdę nie wyszły źle.

Ale mam wrażenie, że Jackson za bardzo popłynął w kierunku efekciarstwa pomieszanego momentami z melodramatyzmem godnym telenoweli (patrz wątek Kili i Tauriel), a momentami z kiepską komedią (patrz wątek Alfrida). I wyszło jak wyszło...

++

Artur Sobala: Gwoździem do trumny mogą być też sceny, które miały być efektowne, a wyszły kiczowato (np. Legolas bawiący się w Mario i skaczący po upadających kamieniach). Wysmakowania było w tym tyle, co praw związanych z grawitacją.

Antonina Wakuła: Zgodzę się z Ewą – w „Hobbicie” było za dużo efekciarstwa połączonego, niestety, z dużą dozą patosu. Trzecia część to przesyt formy nad treścią – zbyt wielu bohaterów, zbyt wiele wątków i dużo akcji. Bilbo nie jest już jedynym bohaterem, wokół którego kręci się akcja filmu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że trudno się w tych wątkach połapać. Do tego dochodzi kilka dłużących się zakończeń.

Michał Wasilewski: Sądzę, że wszyscy zgadzamy się, że trzecia część „Hobbita” była swego rodzaju nieporozumieniem. Zwiastun nadchodzącej zagłady dostrzegłem już w finale "Nieoczekiwanej podróży". Rozumiem wprowadzenie nowych wątków, aby ciekawiej opowiedzieć historię na ekranie, ale widz obyłby się bez finałowej walki między Azogiem a Thorinem. W „Pustkowiu Smauga” przerost formy nad treścią zaczął się już w połowie filmu, gdzie krasnoludy-akrobaci bawili się ze smokiem w kotka i myszkę w Ereborze. Trzecia część tylko wyolbrzymiła wszystkie irracjonalizmy poprzednich filmów. Jackson dostał budżet do zabawy i kręcił materiał do oporu, byle tylko zmontować trylogię zamiast dialogów.

++



K.O.: Jedynym naprawdę wysmakowanym fragmentem filmu wydaje się jego wstęp – płonące miasto, Smaug – uczta dla oczu! Gdy jednak smok pada, wszystko, co ciekawe kończy się i wchodzą Alfridy i podobne wątki.

E.P.: Tu się nie zgodzę. Owszem, Smaug był cudowny, ale to, co dobre nie kończy się wraz z jego śmiercią, tylko nieco wcześniej. A dokładnie w niepotrzebnie podkoloryzowanej scenie strzelania do niego z kuszy. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie można było zostawić normalnej machinerii, zamiast zastępować ją synem Barda? Bełt na jego ramieniu, te zbliżenia na Barda i Daina – ich smutne twarze... Po raz kolejny – niepotrzebny melodramatyzm. A dodatkowo jedno wielkie naśmiewanie się z jakiejkolwiek logiki.

A.S.: Zgodzę się, że scena z kuszą była niepotrzebna, ale wszystko rekompensuje Smaug. Wygląda i, przede wszystkim, brzmi jak powinien. Głos ma wspaniały, i "Hobbita" można dzięki temu oglądać z zamkniętymi oczami.

A.W.: Smauga faktycznie przyjemnie się słucha... może dlatego, że nie miał zbyt wielu kwestii? Niestety, ale większość tekstów, która padła w trakcie trylogii była niezwykle pompatyczna. Pamiętacie spotkanie Białej Rady?

++

M.W.: Ja osobiście mogę słuchać Cate Blanchet i śp. Christophera Lee bez końca w ich kreacjach aktorskich. Akcenty humorystyczne w „Hobbicie” zostały przez fanów bardzo źle przyjęte. Swoją drogą wejście Białej Rady do Dol Guldur jest moim ulubionym momentem z "Bitwy Pięciu Armii". Nie rozumiem tylko dlaczego Galadriela zmieniła się tam w swój mroczny odpowiednik... Jedynym rozwiązaniem wydaje się stworzenie na siłę nawiązania do pamiętnej sceny z "Drużyny Pierścienia" i zacieśnienie integralności obu trylogii.

K.O.: Michał, zgodzę się, z perspektywy kilku miesięcy po odejściu Christophera Lee można być Jacksonowi wdzięcznym, że dał aktorowi możliwość godnego pożegnania się z rolą. Jak na maga, jakim był, mam jednak wrażenie, że w tej scenie było za dużo klasycznego okładania się bronią białą.

E.P.: Michał, faktycznie scena z wejściem do Dol Guldur jest jedną z lepszych. I wydaje się ukłonem w stronę „Władcy Pierścieni”. Jej realizacja była bardzo w klimacie „Władcy Pierścieni” i to jest akurat na plus.

Krzysztof, okładanie się bronią białą też nie jest takie złe ¬– to przynajmniej jedna z tych scen, które wyglądają dobrze nie tylko na dużym ekranie, bo nie ma tu takiego przesycenia efekciarstwem.

A.W.: Wprowadzenie takich właśnie scen, które nie miały miejsca w książce, to dobry pomysł sam w sobie. Również pojawienie się postaci, które znamy raczej z „Silmarillionu” oraz dodatków do „Władcy Pierścieni” mogło wyjść filmowi na plus. Szkoda tylko, że ich obecność nie wnosi do filmu nic nowego. Mam wrażenie, że posłużyły wyłącznie jako zapychacz czasu, a szkoda, bo naprawdę miały potencjał. Zamiast tego mogliśmy do woli podziwiać np. sceny rozterek wewnętrznych Thorina...

++



M.W.: Antonina, postać Thorina całościowo jest jednym z jaśniejszych punktów produkcji, moim zdaniem. Acz jego relacja z Bilbem jest co prawda lekko zabawna, i bije na głowę relacje bohaterów wielu komedii romantycznych (nie lubią się, lubią się, pojawia się dramat, znowu się lubią). Można też się czepiać sposobu wyjścia bohatera z szaleństwa ("po długim namyśle stwierdzam, że nie jestem już obłąkany") i wprowadzonej na prędze smoczej choroby. (Właśnie! Kto wie, co się stało w filmie z Aryklejnotem ręka w górę! Czyżby Bard wciąż trzymał go za pazuchą?!).

K.O.: Wątek smoczej choroby był bardzo dziwnym dodatkiem dopisanym do fabuły „Hobbita, ale pomimo wspomnianego zakończenia jeszcze zdaje się bronić. Po szaleństwach tytułowej bitwy chyba każdy wcześniejszy problem filmu (poza Alfridem) przestaje być problemem.

A.W.: Michał – co się stało z Arcyklejnotem? Według książki został pochowany razem z Thorinem. Niestety zupełnie nie pamiętam, co stało się z nim w wersji filmowej (nic dziwnego, że umknęło mi to w natłoku wydarzeń na ekranie). Kto wie, może Jackson nakręci kolejny film, tym razem o losach Arcyklejnotu?

++



M.W.: Antonina, może lepiej spin-off: "Gimli i tajemnica zagubionego Arcyklejnotu". A tak wracając do samej Bitwy Pięciu Armii, będąc szczerym, to tytułowa bitwa nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Jacksonowi skończył się budżet? Logiki brak (elfy nieużywające łuków), a komputerowość kłuje w oczy. Pięciominutowa szarża Rohirrimów z „Powrotu Króla” była lepsza, niż wszystkie sceny batalistyczne zaprezentowane w „Hobbicie”.

K.O.: Mam wrażenie, że Jacksonowi przy kręceniu bitwy obudziło się dziecko, jakby urzeczywistniał swoją wizję z pierwszego czytania książki, gdzie walczyli ze sobą ninja. Dowolne potwory ze świata wyobraźni i tylko robotów brakuje.

O ile szarża duchów z "Powrotu króla" była dobrze zrobionym efektem specjalnym, tutaj czegoś dobrego znaleźć chyba się nie da.

E.P.: Krzysztof, roboty też były. Bo przecież elfy w trakcie bitwy wyglądały jak cała armia zaprogramowanych droidów, poruszających się identycznie.

Ale abstrahując od bitwy, pozostaje jeszcze powrót Bilba. Owszem, w książce też opisany był raczej zdawkowo, ale tutaj, po masie rozwleczonych scen, widz może odnieść wrażenie, że nagle reżyser się zorientował ile czasu zmarnował. I musiał skończyć film w pięć minut (po oczywiście pół godziny rozwleczonych na śmierci różnych bohaterów). I niby wszystko jest, ale jednak film się urywa. Z drugiej strony można odczuć ulgę, że dotrwało się do końca.

++



A.W.: Podsumowując – czekamy z niecierpliwością na ekranizację Silmarillionu (zapewne w odcinkach, bo z tego da się zrobić kilkusezonowy serial)!

M.W.: Możemy jedynie żałować, że studio wolało zarobić więcej pieniędzy wypuszczając filmy dla mas, którym klimatem bliżej do produkcji Michaela Baya niż do
„Władcy Pierścieni”, i że nigdy nie poznamy pierwotnej wizji Gulermo Del Toro. Wielka szkoda, książkowy „Hobbit” również różnił się od „Władcy Pierścieni”. Jednakże patetyzm narzucony jego ekranizacji oraz usilne analogie do poprzednich filmów sprawiły, że trylogia „Hobbita” to nic więcej jak odgrzewany kotlet. Widowiskowy, z fajnymi elementami, ale kotlet.

A.T.: Czasami droga wybrukowana przepięknymi przygodami, suspensem rodem z baśni, bohaterami intrygującymi a wyrazistymi, kończy się w tyglu Pięciu Armii, gdzie trudno odnaleźć małego hobbita, jeszcze mniejszy klejnot i... sens. Z takiej dwuletniej podróży w jedną stronę, wraca się z powrotem w dwa dni.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 sie 2017, 21:36 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka