Artykuły

Felietownik Nerda #7 „Nigdy nie mów mi o szansach” – o nowych-starych kosmicznych wojnach

++


Remember, the Force will be with you. Always
- pamięci Hana Solo

Na półkach sklepowych wylądowało wreszcie EVII (leciwe DVD i oczywiście Blu-ray). Absolutne święto każdego fana wzdychającego do dźwięku wybuchów w próżni i nauszników à la obwarzanki. Tak, moi drodzy, poniższy tekst będzie o wciąż gorącym daniu, ociekającym kinematograficzną wariacją mitu i próby restauracji „złych rzeczy Nowej Trylogii”.

Choć zaczniemy nieco na opak. Ode mnie, a – uściślając – od subiektywnego rozczarowania obecnym stanem rzeczy.


Nawadnianie pustyni

Do grudniowej premiery skreślałem dni, wyprasowałem najlepszą (i najdroższą!) koszulkę. Bilety kupione tygodnie wcześniej. Galopada myśli. Zakaz czytania newsów, unikanie zepsucia oczekiwań. W końcu – celebracja. Wielki Moment. Łza na samym początku, napisy odjeżdżające w dal głębokiego kosmosu, wzruszenie. Scena otwierająca. Na Yodę i całą Radę Jedi, na sczerniałe kości Imperatora! Wróciłem do domu. Trzydziestoletni facet przyspawany do fotela, sparaliżowany przez dobre dwie godziny, ubawiony, zachwycony tymże lekko popcornowym kinem. I tutaj zatrzymajmy korowód na festiwalu ochów i achów. Wszyscy, absolutnie wszyscy śledzący temat, wiedzieli o losie kapitana Solo. Pan Ford zgodził się wrócić do ekipy Wielkiej Trójki (Chewie – wybacz, zawsze będziesz drugoplanowy), aby… odejść. Wielka w teorii i praktyce, obecnie już tylko… Wielka Dwójka… Powrót gwardii na pogrzeb bohatera. Odejście z mocnym przytupem. Jak powiedział przyjaciel podczas gorącej dysputy (notabene nie pałający zbytnią sympatią do Hana): „godna śmierć, ale zawsze śmierć”. W tym momencie pierwsza konsternacja. Analizę sceny zostawmy, dalekim tutaj od prób krytykanctwa. O recenzowaniu także nie ma mowy. Obiektywizm u ubernerda występuje rzadziej niżeli dziewica w arabskim haremie. Poczułem srogie rozczarowanie wymieszane z... wręcz egzaltowanym niedowierzaniem, iżby J.J. Abrams pokazał wszystkim swoje ogromne... okulary, zza których spogląda, i rzekł: „Hej, Han – baj, baj!”. I niech mnie Jar Jar przytuli, toż to było dobre! Wiemy wszak, że wszyscy pomrzemy. Sithański absolut, potwierdzający smutny fakt, za ileś lat, docierając do stacji szalonego metra, zwanej Epizodem XII, zostaniemy sami ze wszystkimi przywarami i nowinkami fikuśnego kina XXI wieku. Bez Luke'a, Lei czy śp. Hana Solo. Wiedzieliśmy, że będzie gryzienie piachu, a jednak wściekłość triumfuje nad smutkiem. Nostalgia? Saga bez Hana? Zmiany. Nowy kierunek. Pora schować blaster do kabury i iść dalej. Nawadnianie pustyni rozpoczęto. Wkrótce na Tatooine, Jakku (jakkolwiek) zaczną pęcznieć kwiaty nowych bohaterów, nowych – chciałoby się rzec – legend. Lecz przy obecnym kształcie uniwersum owo określenie zdaje się być dalece niestosowne. Nowe już przyszło. Abrams-ogrodnik przy najbliższej okazji pieczołowicie zrobi nam niejednego fabularnego psikusa. Kto wie, kto wie, może jeszcze pod pałacem nieodżałowanego Hutta Jabby również wyrosną palmy...

Kosiarką przez Galaktykę

Śmierci ulubionego bohatera nie można przetrawić w kilka dni. Gdy żyjesz z nim tyle lat (u mnie blisko dwadzieścia), chwila zejścia ze sceny powoduje głębokie zastanowienie. Wytyczanie nowych szlaków dla kolejnego pokolenia – tak należy rozumieć EVII. Jestem na pograniczu światów, jedną nogą zanurzony w fantazyjnych kreacjach Klasycznej Trylogii, która ukształtowała bezwarunkową miłość do Sagi i jej ogląd na przyszłe wyczyny George'a Lucasa. „Mrocznego Widma” nie zdołałem obejrzeć w kinie (Lekt, hańba!), acz VHS (nie, nie będę uszczypliwy– wygooglujcie) zajechałem na śmierć. Wkrótce odhaczę sto sześćdziesiąty seans i wróci dzika ochota uduszenia Jar Jara, aby się biedny przestał męczyć. Na „Atak Klonów” zmierzałem z „nową nadzieją”, dorastałem, dojrzewałem, uczyłem się „Gwiezdnych Wojen”. W dobie szerokopasmowego Internetu odkrywałem smaczki Uniwersum. Z nabożną (mocową?) czcią wczytywałem się w nowe książki (Amber, ach...). Jestem dziecięciem – ba! –pomiotem Nowej Trylogii, lecz kinematograficznie uformowany z plastikowych modeli i gumowych masek z Kantyny Mos Eisley. Osiemnastego grudnia poczułem Moc. Ponowne Przebudzenie. Poczułem, jak pan Ogrodnik zakpił z samego Mistrza Flanelowca, udowadniając, iż należy (trzeba?) dostosować nowe pod realia nowszego. Kino nigdy nie będzie już takie samo. Nowe. Nie lepsze. Inne. Wytężcie umysły, otwórzcie serca. Żyjemy w generacji, wróć gatunku „H” jak „hejter”. Anakin powiedział Obiemu „I hate you”, po czym spłonął żywym ogniem własnej pychy. Kochamy wszak Gwiezdne, ale nienawidzimy Epizodu I. Kochamy Vadera, nie trawiąc małego Aniego z pustynnej Tatooine/Jakku. Skywalker finalnie kiepsko wyszedł na przemianie, choć ukazana geneza narodzin najważniejszego czarnego charakteru srebrnego ekranu wylewa wiadra, morza i oceany pomyj na trylogię 1999-2005. Odrobina słuszności dla EVII, przy świadomości infantylnych i przaśnych żarcików drugiego po Lando afroamerykańskiego mieszkańca Odległej Galaktyki – iście disnejowski sznyt, rozładowywanie sytuacji gagami rodem z „The Muppet Show” (scena Fina z kapitan Phasmą, ot!). Zabrakło ino Stana Lee. Nowe czasy. Realia rynku, ugniatającego kino pod pseudowytwornym buciorem znudzonego widza, lepione z kawałeczków niczym ciasto na pierogi z ewoczym mięsem. Kino ma problem z własny ego, a w przypadku Epizodu VII postawiono na stare sprawdzone patenty, przekute w kuźni wykwintnych efektów, podanych na srebrzystej tacy jako przystawkę. Kosiarka poszła w ruch. Nie ma zmiłuj! Uważam, iż hejt ukierunkowany w Najnowszą Trylogię traci rację bytu, gdyż za lat ileś sprawa zacznie zjadać własny ogon, niczym Sarlacc pechowców, którzy dziś widzą jedynie czubek własnego nosa... Zalążek Najnowszej Trylogii obiecuje ogrom wrażeń. Ogrodnik trzyma w szopie najlepszy sekator, aby niedowiarkom poucinać obmierzłe języki żenującego krytykanctwa. Brawo, panie Abrams! Wiwat nowe! Żal ino Hana „Nigdy Nie Mów Mi o Szansach” Solo... Nierozumne i krótkowzroczne baczenie na nowe-stare „Gwiezdne Wojny”, zaś szarobury hejt to miecz obosieczny. I zdecydowanie powinien być na kartki. Mniej ujadania, więcej radości.

Jeszcze Nowsza Nadzieja

Uważacie, że repeta poglądów w ostatnim akapicie będzie właściwa? Owszem. „Przebudzenie Mocy” nabierze miana pełnoprawnego dania głównego, gdy wyląduje w mym czytniku Blu-ray. A będę wówczas oglądał kilka razy w tygodniu. Ponownie płacząc na scenie z mostem. Będę rozgarniał z obłoków przemyśleń drugi i trzeci plan. Będę gromił gorzkich niczym pleśniejące truchło hejterów, którzy toczą jad i sączą bezeceństwa porównywania. I wreszcie znalazłem wątek przewodni. Porównywanie Nowej do Klasycznej, a Najnowszej do Nowej i Klasycznej Trylogii odniosę do anegdoty z czasów przygody w fanowskim bractwie Sith, nieco ją parafrazując. Obcowanie z Gwiezdną Sagą przypomina wędrówkę po piramidzie. Płytsza perspektywa spowoduje osąd, iż ciemność dominuje nad możliwością zachwytu, a zaduch wprowadza w osłupienie. Cierpliwość natomiast wobec kunsztu architekta wynagrodzi niedogodności, ucząc adaptacji do chwili zamknięcia całej Sagi (choćby i w dwanaście epizodów). Łapiecie, prawda? Pora przestać ciągle spoglądać za siebie, choć, myśląc o 1977, sztuka toż nader trudna. Ocena wymaga patrzenia na „Gwiezdne Wojny” jako całość od momentu retconu Uniwersum. Nie ma już starych GW, nie ma jednolitej masy (prawie), w której neofita zorientuje się w ciągu kilku tygodni obznajamiania. Pan rzekł „i to jest dobre”. Titanic wywrócony, tonie wolno, opada na dno (albo wręcz przeciwnie – zmierza ku Atlantydzie), acz jego kres nie musi oznaczać konieczności ciskania gromów nienawiści. Nadzieja umiera ostatnia, a dostaliśmy jej aż nadto. Kredyt zaufania otwarto. Kasyno szaleje, tłum krzyczy. I żeby nie było za słodko – zmieniłbym w EVII kilka rzeczy. Parę drobnostek ukłuło mocno w serce – Ben Solo?! Mało Luke'a w Luke'u. Gdzie do diabła Ciemna Strona? Przesyt żarcików rodem z „Iron Mana”, scena po śmierci Hana, w której Wookie przechodzi obojętnie obok Lei i tak dalej… Wielbię „Gwiezdne Wojny”, dlatego obiektywizm chowam do szuflady. Po seansie czułem ciarki. Wychodziliśmy z sali jako ostatni. Bez próby porównywania. Po prostu cieszy mnie, iż po dziesięciu latach znów poszedłem na nowe-stare „Gwiezdne Wojny”, a na horyzoncie pierwszy spin-off. Jest Moc!

Nowe nie znaczy lepsze ani gorsze. Nowe znaczy po prostu inne.

Postscriptum

Panie Abrams, za Hana masz w twarz, ale reszta – oklaski!
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 22 sie 2017, 21:36 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka