Śmiech na sali – recenzja wydania DVD „Legion samobójców”

Nowego filmowego utworu ze stajni DC Comics, „Legionu samobójców”, raczej nie można nazwać dobrym kinem, ogląda się go wprawdzie miło, ale to zaledwie mało spójny konglomerat scen walki, rubasznego i niewybrednego humoru, pretensjonalnej gry aktorskiej oraz gagów, z fabułą wcale naciąganą.

DC - wespół z Warner Bros - ponownie brnie w pełne braków logicznych i fabularnych produkcje, które do wyjaśnienie potrzebowałyby nieco więcej materiału, ale wszak taki zabieg stanowczo zwolniłby rwącą akcję bez polotu, a na to prosty a rozrywkowy, lecz przede wszystkim mocno marketingowy obraz (nie)czysto rozrywkowy pozwolić sobie nie może.

Warto przypomnieć sobie wcześniejszy film superbohaterski studia, czyli „Batman v Superman: Świt

++

sprawiedliwości” – historię opartą w dużym stopniu na „Powrocie Mrocznego Rycerza” Franka Millera; która mogła być całkiem dobra, gdyby nie to, że toczy się w uniwersum dopiero dojrzewającym, gdzie wcześniej jedynie postać Supermana została lekko zarysowana i nie miała nawet okazji rozwinąć skrzydeł, a tutaj nagle pojawia się czterdziestoparoletni Batman, działający dwie dekady jako samozwańczy obrońca Gotham, sąsiadującego z Metropolis, do tego wpada Wonder Woman, od razu Doomsday. A wszystko dzieje się tak szybko, że człowiek nie wie na co ma się szykować, bowiem przez wiele momentów obraz się dłużył i często intryga przeskakiwała na dalsze etapy, pozostawiając za sobą okopy dziur fabularnych.

Twórcy nie nauczyli się na błędach i postanowili brnąć dalej w te same rozwiązania, a wszystko tylko po to, żeby doścignąć Marvel Studios. Jednak tym razem, przy okazji prac nad „Legionem samobójców”, zaszaleli jeszcze bardziej. Wrzucili grupę przestępców do trzeciego obrazu z serii, ale nie byłoby w tym nic szkodliwego, gdyby nie fakt, że chronologicznie już dawno działają w uniwersum, choć nigdy wcześniej widzowie nie mieli okazję ich widzieć, nie poznali ich bliżej, często nie wiedzą nawet za co są więzieni – przy niektórych może się wydawać, iż rząd przetrzymuje ich tylko ze względu na odmienność i nieludzki wygląd. Niemniej, postacie-marionetki narratora nie są najgorszym aspektem filmu, nim jest zaś caly twist fabularny.

Amanda Waller, agentka amerykańskiego wywiadu, postanawia zawiązać grupę do zadań nadzwyczajnych, a ściślej do najbrudniejszej roboty, w którą rząd nie chciałby mieszać superbohaterów. Dlatego postanawia wyciągnąć z więzienia najgorsze szumowiny – i ledwo, co udaje im się uformować oddział, jedna z członkiń traci panowanie nad pradawną mocą oraz zaczyna terroryzować miasto. Pomimo tego że nie jest to bynajmniej misja niegodna dla Batmana czy Flasha, Waller wysyła swoją grupę do akcji, a superbohaterowie wyparowują, lub po prostu wyjeżdżają na wakacje, aby nie przeszkadzać…

Fabuła wydaje się nieskomplikowana i prosta, ale gdyby tak było, miałaby sens. Główna antagonistka to opanowana przez starożytną boginię ukochana kapitana Legionu samobójców, która przez trzy dni stoi w jednym miejscu i razi

++

promieniami wszystko dokoła, przemieniając ludzi w porośnięte grzybami stwory, stające na drodze zespołu superprzestępców – wokół tego kręci się zaś cała akcja. Antybohaterowie zmierzają do miejsca, gdzie osiadł adwersarz eliminując przeszkody, nawet jeśli te jeszcze chwilę temu były ludźmi, ale nowe uniwersum DC jest brutalne, niesprawiedliwe oraz… pseudozabawne, ponieważ twórcy wysilają się wciskając tam nachalny humor, częściej żałosny, aniżeli naprawdę bawiący. Jego epicentrum skupia się wokół postaci Jokera (Jared Leto), bodaj najgorzej odwzorowanego Jokera w historii, tutaj będącego… szefem mafii? Do tego paradującego z odsłoniętym torsem, na co ktoś tak bardzo ekscentryczny, jak prawdziwy Joker nigdy by sobie nie pozwolił. Jednak to dałoby się jeszcze przełknąć, gdyby nie mazgajowatość, niezdecydowanie, brak charakteru i ciągłe próby zgrywania szalonego a nader inteligentnego błazna, zawsze skończone fiaskiem.

Kolejną kwestią, niszczącą pozytywny odbiór produkcji, jest brak logiki. Jeszcze można by zrozumieć osiłkowatych, niedokształconych i posiadających psychiczne zaburzenie członków Legionu, ale posunięcia Amandy Waller nierzadko sprawiają, że półgłówkowata postać zaczyna wyglądać przy niej na geniusza dedukcji. Rik Flag, dowódca żywcem wyjęty z wojska, nie radzi sobie z budowaniem morale, ani przydzielaniem konkretnych zadań, za to nie raz z braku nieuwagi wpada w łapy wroga, i gdyby nie inwencja superzłoczyńców niedługo pełniłby funkcję kapitana.

Najgorsze jest jednak to, że autorom nie udało się dobrze zarysować relacji między bohaterami. Czasem rozpoczyna się dialog, który kończy się już po dwóch-trzech zdaniach, choć polega on najczęściej „ładnie poszło, zdziro”, „wszyscy mamy problemy”, „ratujmy go, bo zginiemy!”… Nie chcę wiedzieć, jak i gdzie pisano dialogi, ale odnoszę wrażenie, że na kolanie w turbulencyjnym pociągu, inaczej nie można usprawiedliwić prostoty zdań (mogło by się to jeszcze podratować, gdyby wywody miały sens) i braku spójności rozmów. Jedyna głębsza relacja, jaką przychodzi poznać widzom to ta, między opętaną a kapitanem, miłosna dodajmy, która jest tak ckliwa, że aż nieco ponad średnia, co o czymś świadczy w przypadku tego „dzieła”.

Gra aktorska zasadniczo polega na odgrywaniu albo tandetnych świrów (czyt. Joker i – mniej – Harley), albo niewyróżniających się, najczęściej papierowych sylwetek (Katana, El Diablo, Killer Croc), albo zepchniętych na boczny tor quasi-komików (Kapitan Bumerang), albo nie najgorzej, acz nie świetnie zagranych postaci (Deadshot, czyli typowa rola grana przez Willa Smitha; kapitan Flag). Melanż tych wszystkich aktorów sprawia natomiast, że miast typowej superbohaterskiej produkcji ukazanej w krzywym zwierciadle, otrzymujemy groteskę, fabułą stojącej na fundamencie z rybiej ości. To nie mogło się udać.

Do tego dochodzi montaż, serwujący widzom zlepek często niepowiązanych ze sobą scen, niejednokrotnie maźniętych neonową stylistyką, wtórowaną przez popowo-rockowe przeboje, co ma stworzyć wrażenie obcowania z dynamiczną, pełną akcji rozrywką, polaną humorystyczno-seksownym sosem. Nic z tego. Obraz nie wypalił na każdy możliwy sposób, a że nie da się na nim usnąć, świadczy tylko o tym, że miał parę dobrych pomysłów, które adresat sam lepiej by pociągnął oczami wyobraźni. O polskim dubbingu lepiej nie mówić nic, bowiem wyłącznie angielski wariant z polskimi napisami ma prawo bytu.

„Legion samobójców” zatem nie jest arcydziełem, ani godnym filmem superbohaterskim, a właściwie antybohaterskim, który warto polecić. Nie nadaje się nawet do obejrzenia z przymrużeniem oka w gronie familijnym ze względu na swój osobliwy charakter, lecz jednorazowy seans nie powinien nikomu zaszkodzić. Zwłaszcza, że co uważniejszy widz zdoła dostrzec kilka mrugnięć od twórców, nawiązujących do komiksów, oraz pomysłów, które mogłyby sprawdzić się w innych realiach i w inny sposób.


Obrazek

Ocena recenzenta
2.0/5
Legion samobójców (2016)
Suicide Squad
Ocena użytkowników:
2 (1 głos)
Tytuł: Legion Samobójców
Reżyser: Ayer David
Obsada: Smith Will , Leto Jared , Kinnaman Joel , Davis Viola
Dystrybutor: Galapagos
Data premiery: 2016-12-05
Czas trwania (min.): 118 min.
Język oryginału: angielski
Lektor: nie
Dubbing: tak
Napisy: arabskie, bułgarskie, angielskie, hebrajskie, węgierskie, polskie, rumuńskie, słoweńskie, tureckie
Nośnik: DVD
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 29 cze 2017, 17:02 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka